Królowa Anna Stuart

Anna Stuart - królowa Anglii i Szkocji i Irlandii – wprowadziła w 1705 r. pierwsze prawo „copyrightu” skierowane, o ironio, przeciw samowoli i arogancji londyńskich wydawców książek z Fleet Street. (Wikimedia Commons)

Wspomniane ostatnio dość często niemiecko-duńskie badania na temat wpływu zamknięcia wielkiego serwisu pirackiego Megaupload na frekwencję w kinach nie dają wyraźnych wyników. Dla większości filmów zanotowano spadek liczby sprzedanych biletów. Dla najbardziej popularnych filmów nastąpił wzrost. Co to na prawdę znaczy?

Ważne jest dopiero spostrzeżenie, że oddziaływanie Megaupload na kina było w każdym przypadku bardzo nieznaczne, a czasami na granicy błędu.

Posiadacze „praw własności” intelektualnej zakrzykną, że dane nie oddają rzeczywistości. Zwolennicy piractwa zaś, że to piraci chodzą do kin, wbrew propagandzie tych pierwszych.

Czy prawo autorskie ma znaczenie?

Ja zaś widzę coś jeszcze innego. Prawo autorskie jest bez znaczenia. Jeżeli zniknięcie serwisu obsługującego setki milionów miłośników kina nie ma istotnego wpływu na sprzedaż w kinach, to może obie strony walczą ze sobą za pomocą nieprawdziwych argumentów, zmyśleń i zdroworozsądkowych spostrzeżeń.

A ze zdrowym rozsądkiem jest tak, ze jak się nim posługujesz w rozumieniu świata – to na pewno się mylisz. Na przykład ludzie myśleli, że ziemia jest płaska, słońce krąży wokół ziemi, a gwiazdozbiory to grupy blisko leżących gwiazd. Wracając do prawa autorskiego…

Wspomaganie twórczości?

Podstawowa teza, która jest najczęstszym moralnym uzasadnieniem istnienia prawa autorskiego to wspomaganie twórczości. Proste rozumowanie: jak dostarczymy pieniędzy za twórczość, to twórcy będą tworzyć. Dla dobra społeczeństwa. Takie uzasadnienie na przykład jest zapisane w konstytucji USA – wpisane tam jeszcze w XVIII wieku. Jest to także główna teza podawana przez sprzedawców sztuki artystom, tak by poparli prawo do monopolu.

Problem w tym, że owa wczesna decyzja ojców założycieli narodu amerykańskiego była zdroworozsądkowa. Stała się od tego czasu prawdą powszechnie i bezkrytycznie przyjętą – mimo braku przekonywujących dowodów, że tak jest naprawdę. Na dodatek możemy znaleźć przykłady popierające każdą z tez, a zawsze odnoszące się do specyficznych fragmentów i czasu rozwoju „przemysłu copyright” – o nikłej wartości ogólnej.

A przecież artyści i wynalazcy funkcjonowali wcześniej przy znacznie ograniczonych prawach. Kraje, które nie chroniły mocno monopolu twórczego jak USA w XIX wieku czy Chiny w wieku XXI rozwijają się bardzo szybko i bardzo szybko dokładają się to puli twórczości ludzkości. Najbardziej twórcze okresy cywilizacji Zachodu, lata 1880-1925 przypadają na okres formowania się mocnego prawa autorskiego i można zaryzykować stwierdzenie, że ta siła twórcza oklapła po ich wprowadzeniu. Nie sugeruję jednak teraz związku przyczynowo skutkowego – raczej korelację między strachliwą legislacją marginesowych w sumie spraw i duchem wyhamowującej cywilizacji.

Obecne prawo autorskie obowiązuje 70 lat po śmierci autora – a zmarli nie piszą książek. Również teza, że pisarze piszą dla swoich prawnuków, a nie dla siebie – jest psychologicznie naciągana. Przeciętny komercyjny żywot dzieła to kilka, kilkanaście lat. Później jest na nim trudno zarobić i trzeba po prostu tworzyć nowe rzeczy. Czyli prawdziwi twórcy i tak nie mogą za długo spać. Beneficjentem długiego okresu ochrony są, co najwyżej, „kłótliwe wdowy” i Disney.

Ale prawo chroniące Myszkę Miki jest i ma bardzo konkretne i złe konsekwencje dla reszty świata.

Kapitaliści sprzedali nam sznur

Popatrzmy zaś na statystyki dostarczone przez lobbującą na rzecz praw autorskich międzynarodową organizację WIPO. Trudno ich podejrzewać o wspieranie tez dążących do ograniczenia praw autorskich – z tego żyją. W swoim raporcie zatytułowanym z wyraźną tezą „Prawo autorskie + kreatywność = praca i wzrost ekonomiczny”, zawarli wiele wykresów pokazujących dla różnych państw porównania dochodu wytwarzanego przez „przemysł copyright” w stosunku do dochodu narodowego oraz poziom zatrudnienia.

WIPO jest organizacją stronniczą wiec wnioski, które wyciągają ze swoich danych są specyficzne. Na przykład wszędzie używają słowa „związek”, tam gdzie występuje w danych, co najwyżej korelacja. Na przykład, gdy pokazują, ze kraje o wysokim dochodzie na głowę maja tez wysoki procent przychodu wytwarzany w „przemyśle copyright”. Tyle, ze to nie jest prawda.

Bliższe przyjrzenie się wykresom pokazuje ze US i Australia maja rzeczywiście wysoki dochód i wysoki przychód z copyrightu. Ale Kanada, Finlandia i Singapur maja odwrotnie – wysoki dochód i NISKI przychód z copyrightu. A to akurat są kraje znane z innowacyjności i zaawansowanych technologii w stopniu nieproporcjonalnym do swojej wielkości.

Ale najciekawsze wnioski daje analiza wielkości „przemysłu copyright” – procent wytwarzanego dochodu narodowego. Wysokie wartości, to 10-12%, średnio to ponad 5%. Ale co zalicza WIPO do owego przemysłu? Otóż także takie dziedziny jak produkcja komputerów i telekomunikacja. Po odjęciu takich dziedzin wartość przemysłu rzeczywiście wytwarzającego wartości twórcze to raptem 1/3 tej kwoty. Pogrzebmy dalej.

Okazuje się, ze 2/3 z tego to prasa, TV, radio, kina, koncerty muzyczne, teatr… Żaden z tych przemysłów nie potrzebuje ochrony prawa autorskiego i nie boi się piratów, – bo wszystkie żyją ze specyficznego technicznie dostarczania treści użytkownikom. W jakim sensie teatr wrażliwy jest na piractwo?

Wychodzi na to, ze z działalności, która rzeczywiście wymaga ochrony wytwarza się średnio mniej niż 1% dochodu narodowego (2% w USA i Australii). A wszystko to dane o średniej wiarygodności i interpretowane stronniczo.

Wiara i statystyki

Można przywołać inne statystyki, ale pokuszę się o wnioski:

  1. Założenie, że monopol twórców zwany „własnością” intelektualną przyczynia się do wzrostu kreatywności i innowacyjności gospodarki i społeczeństw jest oparte na wierze, a nie faktach.
  2. Obecne prawo autorskie prawdopodobnie nie ma żadnego wpływu na rzeczywista sprawność i konkurencyjność gospodarki.
  3. Kreatywność i innowacyjność w wielu sektorach gospodarki powstaje bez związku z ochroną „własności” intelektualnej lub, co jest bardziej prawdopodobne, pomimo.

Zbędne prawo

Podsumowując: nie jest pewne czy potrzebujemy w ogóle prawa autorskiego i patentowego (prawo przemysłowe jest ewidentnie potrzebne), a na pewno nadaje się one do gruntownej przebudowy z uwzględnieniem rzeczywistego tworzenia wartości dla społeczeństwa, a nie tylko dla wybranych, którzy korzystają z błędnych społecznie i wyłudzonych przywilejów.

Zdarzyło mi się zetknąć z wezwaniem kościoła katolickiego do powstrzymania się przed uprawianiem bezbożnych rytuałów zwanych Halloween. Za szczególnie naganne kościół uznał przedstawienia śmierci (zombi) oraz sam fakt pogańskiej (?) natury owych obrzędów.

Rozmawiałem ostatnio z moją córką o Halloween i opowiedziała mi ona o jej osobistym doświadczeniu. Lat temu kilka, gdy wiek jej uznać można było za dziecięcy, wraz z jej podobną dziatwą przebierały się za potwory. Śmiechu i zabawy mnóstwo, potwory oswojone i przerobione na monstra przyjazne. Złe sny dziecięce obrócone w żart i pozbawione grozy.
Dodatkiem, a w zasadzie główną atrakcją były cukierki. Słodycze dawane przez sąsiadów bandzie dzieci chodzącej od domu do domu. Rzecz działa się w podwarszawskiej miejscowości, o starych tradycjach podmiejskich, lecz, jak się wydawało, wsią zapadłą niebędącą.
Dla córki chwila była ważna, zabawa nowa i ekscytująca, reakcja ludzi otwierających drzwi przebranej bandzie zombi przyjazna i zabawna. Wszyscy cukierki dawali. Nie to, że owe cukierki jakieś smaczne były. Głównie chodziło o kontakt, zabawę, psotę i aprobatę dla dnia niepoważnego.

A w roku następnym wszystkie drzwi zamknięte.
Ludzie wrodzy, odganiający dzieci. Bez cukierków, a z naganą i pogardą w głosach. Inni zakłopotani, ale obcy. Dyń nie ma. Świateł nie ma.
Dzieci rozczarowane, święto zepsute. Stroje niepotrzebne. Oczekiwanie zmarnowane. Więcej Halloween nie będzie.

Po poprzednim, udanym festynie ksiądz proboszcz przeszedł się po owieczkach. Grzech wytknął. Odrażające rytuały nazwał satanistycznymi i konsekwencjami zagroził. Konkurencji w zabobonach nie zniósł. To i ludzie ową dziwną etykę przyjęli, bo na religii państwowej wychowani, odruchy mają i ostracyzmu się boją.

To jest wspomnienie mojej córki z Halloween w naszej miejscowości.
W imię Boga zakrwawionego, zamęczonego, wykręconego.
Miłość do potworów zamieniono na nienawiść do ludzi.

Trochę bliskiej futurologi – o tym jak zmieniają się urządzenia, z których korzystamy i jak naprawdę ich używamy.

Miałem wiele tabletów i telefonów z dotykowym ekranem licząc od początku wieku i zawsze marzyłem, by stały się popularne. Były to maszyny PocketPC i TabletPC i były całkiem udane – ale dla specjalistów.

Pod strzechy

Apple tę klasę urządzeń „wprowadził pod strzechy”. Przełom polegał na dostrzeżeniu, że w interfejsie liczy się elementarna przyjemność z używania i zabawa.
„Fajność” suwania palcem po kolorowych, wypukłych ikonkach, w porównaniu do pukania rysikiem po rozwijalnych menu – to była rewolucja.
Chwała za to Jobsowi. Ale…
Od czasów pierwszego iPhona i pierwszego iPada Apple nie wprowadził żadnego ciekawego produktu, kolejne wersje są tylko poprawkami, a system operacyjny zaczyna być nieznośnie przestarzały.

Do czego to służy

Apple określił też bardzo wąski zakres zastosowań swoich urządzeń i skonstruował je tak, że używanie ich poza tym zakresem jest bólem siedzenia, jak mówią Amerykanie.
I tak iPhone to telefon, organizator, komunikator i konsola do gier.
iPad to terminal do stron internetowych, Facebooka i do czytania newsów. Znakomicie tez służy do oglądania filmów, choć z tym już bywa różnie.
Oczywiście jest grupa ludzi, którzy używają iPada i iPhona do innych czynności, ale wymaga to samozaparcia i poświęceń wynikających albo z biedy (?) albo raczej z bezrozumnej miłości.
Konkurencja w międzyczasie wprowadziła szereg innowacji.

Co to jest smartfon

Telefony z Google Androidem wprowadziły duże ekrany. Powstała kategoria smartfonów – czy urządzeń o szerszym zastosowaniu niż iPhone (który wprawdzie do tej kategorii jest zaliczany, ale ze względu na mały ekran – trochę na siłę).
Smartfony stają się dla młodego pokolenia kolejnym i czasami jedynym PC – komputerem osobistym. 4-5 calowe ekrany pozwalają wręcz na zastąpienie małego laptopa w funkcjach pełnej obsługi poczty, czytania dokumentów, książek oraz gazet, oglądania telewizji i filmów, rozbudowanego facebookowania, wygodnego przeglądania Internetu (iPhone nadaje się raczej do awaryjnego wykonywania tych czynności). I wciąż mieści się w kieszeni.
Wracając do iPhona – dziś wygląda on na rozbudowany telefon, a nie smarfon – przenośny komputer przyszłości. Ale w tej może zabytkowej, ale ważnej dla milionów ludzi funkcji, jest to urządzenie doskonałe.
To młode pokolenie – to jeszcze uczące się w gimnazjach i liceach używa smartfonów w sposób, który pozwala zapomnieć, że te urządzenia mają jeszcze funkcję dzwonienia i wkrótce powinny przestać być nazywane w sposób kojarzący się z telefonem. Facebook, Wikipedia, Google, Skype, SMS, Foursquare, Instagram, ebooki, Redit… i dzwonienie jest zbędne.

Tablety na kanapie

Ze względu na przenośność smartfony zabijają tablety – ewolucja do coraz większych ekranów o wymiarach ok. 5 cali i więcej, w dużym stopniu sprawia, że tablet dla wielu użytkowników bardzo mobilnych jest zbędny, albo ląduje funkcjonalnie na pozycji, którą dawniej zajmował laptop albo telewizor.
Widać to po statystykach sprzedaży – większość tabletów sprzedawana jest bez mobilnego Internetu i używana jest w domu na kanapie (gdzie jest konkurencją telewizora).
Tanio i praktycznie
Kolejne innowacją, w której Apple nie ma to 7 calowe tablety dla ludu.
7 calowe tablety istnieją na rynku już od 2 lat. Początkowo pionierem był tu Samsung, ale później nasz rynek zdominowały tanie urządzenia z Chin.
Na rynku światowym rewolucję zrobił Amazon, gdy wprowadził w ostatnią Gwiazdkę swój Kindle Fire za jedyne 200 USD.
Na bieżącą Gwiazdkę będziemy mieli wysyp wysokiej jakości małych tabletów o niskich cenach. Nawet sam Google postanowił wypuścić wzorcowy tablet w linii Nexus (produkowany przez Asusa) za 200 USD.
Małe są bardziej mobilne niż iPady, tańsze i doskonałe dla młodzieży do domu i szkoły. Znakomicie nadają się do czytania książek (iPad jest za ciężki).
iPad pozostaje mercedesem tabletów rozrywkowych i na pewno znajdzie wielu nabywców, ale 7 calowe tablety trafią pod strzechy i do tornistrów – tak jak kiedyś tanie i masowe komputery PC.
[b]Komputer z Avatara[/b]
Windows 8 i interfejs Metro. Metro jest pierwszym poważnym interfejsem, który odchodzi od idei Apple i proponuje nowe podejście. Programy pisane dla Metro, nie tylko wyglądają znacznie nowocześniej niż te na Apple, ale tez są bardziej „dotykowe”. W znacznym stopniu korzystamy tu z gestów i krawędzi ekranu do operowania treścią – choć oczywiście słynne wynalazki Apple jak skalowanie dwoma palcami – są zachowane. Interfejs Metro jest prekursorem świata, który oglądaliśmy w filmach Raport mniejszości czy Avatar. Gdzie gesty, słowa, wiele ekranów, przechodzenie między urządzeniami z jedną treścią, przewidywanie ruchów i intencji – wszystko co też zaczynamy poznawać dzięki sterownikowi konsoli Kinect na Xbox.
No i jest to system „dorosły” i na którym możemy działać jak na iPadzie w zakresie kanapowej rozrywki, jak i na laptopie w pracy. Urządzenia nie koniecznie będą te same, ale przejście między nimi bezbłędne.

Zakupy na Gwiazdkę 2012

Na Gwiazdkę będziemy mieli wysyp dużych tabletów dla Windows 8 oraz laptopów hybrydowych (tablet z klawiaturą) do Metro zaprojektowanych – z dotykowymi ekranami w standardzie. Te urządzenia będą konkurować z tradycyjnymi PC, laptopami oraz z iPadami. 7 calowe tablety Androida są trochę gdzie indziej.
Późną wiosną 2013 spodziewam się zaś tabletów i laptopów hybrydowych Windows 8 z wbudowanym z ramkę ekranu Kinectem. Taki laptop lub tablet będzie reagował nie tylko na gesty szurania palcami po ekranie, ale na szybkie gesty rąk w przestrzeni przed ekranem oraz będzie rozumiał mowę i wyraz twarzy. Co z tym zrobią futurystyczni programiści – zobaczymy z ciekawością.

No i w końcu będziemy w Raporcie przyszłości – szczególnie gdy Google zacznie przewidywać przyszłość w wyszukiwarce, a na ulicach będą jeździć bez kierowców samochody od tegoż Googla.
Nowy wspaniały świat :) . Mam tylko nadzieję, że Apple jeszcze coś wymyśli…

System edukacji oparty na pamięciowym poznawaniu wiedzy podzielonej na klasyczne działy słabo odpowiada współczesności.  Likwidacja tradycyjnych przedmiotów może pomóc w metamorfozie polskiej edukacji.

Jednym z problemów nauki XX wieku była fragmentyzacja wiedzy – jej ilość sprawiała, że wiedza całości była nieosiągalna dla pojedynczego naukowca. Dziś informatyzacja przechowywania i łączenia wiedzy oraz wielki sukces Internetu jakościowo usprawniającego komunikację w środowisku naukowym sprawił, że bardziej holistyczne podejście staje się możliwe.

Tak jak nauka była podzielona, tak i środowisko pracy zwykłych ludzi było podzielone na zawody i funkcje społeczne w sposób statyczny. Dziś uprawianie jednego zawodu przez całe życie wydaje się niemożliwe, a szybkie zmiany w technologii i modelach biznesowych wymuszają zmiany kwalifikacji czy miejsca zatrudnienia pracowników i kadry zarządczej.

Podobnie skala przedsięwzięć – gdzie przejście z biznesu lokalnego, na krajowy, a dalej globalny jest możliwa w kilka lat lub nawet na starcie przedsięwzięcia.
Jedną z cech tzw. gospodarki wiedzy jest może w mniejszym stopniu innowacyjność, co projektowanie. Dziś w rozwiniętych państwach wszystko jest zaprojektowane – zwykle dobrze.

Projektowanie polega na rozwiązaniu podstawowych problemów przedsięwzięcia z uwzględnieniem interdyscyplinarnych uwarunkowań i ograniczeń. Są to najczęściej rzeczy z zakresu technologii, kosztów (ekonomii), psychologii (kognitywistyka), kultury (styl, forma, skojarzenia), socjologii (marketing, postrzeganie), etyki (skutki społeczne, ekologia), prawa (istniejące i przyszłe przepisy) a nawet polityki (zgodność z zasadami demokracji czy prawami ludzkimi). Dotyczy to zarówno przedsięwzięć dużych, jak np. budowa dróg, ustawa o VAT, prawo drogowe czy budowa elektrowni atomowej. Jak i małych jak projekt iPada czy serwisu internetowego.

Na dodatek takie projektu realizuje się w zespołach wieloosobowych, gdzie konieczna jest umiejętność współpracy lub przywództwa.

Zupełnie inne przedmioty

Jaka edukacja przyda się młodemu człowiekowi w XXI wieku? Oto praktyczny zestaw dla gimnazjum i liceum:
1. Matematyka – jako podstawa sprawnego myślenia
2. Fizyka i chemia – jako podstawa wiedzy o świecie otaczającym
3. Biologia z akcentem na Darwina oraz systemy środowiskowe – jako podstawa wiedzy o złożoności otoczenia
4. Socjologia polityczna i ekonomia – jako podstawa wiedzy o społeczeństwie.
5. Psychologia kognitywistyczna, współpracy i myślenia kreatywnego – jako podstaw wiedzy o umyśle i wyrobienie umiejętności technicznych myślenia.
6. Psychologia „codzienna”, seks, uczucia, rodzina – jako podstawa wiedzy o człowieku.
7. Historia sztuki i kultura masowa z przykładami z literatury, architektury, designu i historii – jako podstawa wiedzy o kulturze i ikonografii.

A co z polskim?

W tym modelu tradycyjna historia, literatura i geografia podporządkowane są wyjaśnianiu i obrazowaniu znacznie poważniejszych zagadnień – do czego też zawsze w praktyce służyły (i nie ma ich jako samodzielnych przedmiotów).

Literatura zawiera przecież właśnie głównie przykłady ludzkich postaw, wyborów, zachowań i historycznych i kulturowych różnic. A także formalizmów artystycznych. Wszystko idealne przykłady do zastosowania przy wyjaśnianiu zagadnień w nowych przedmiotach.

Podobnie zresztą historia i geografia – dziedziny same w sobie warte specjalistycznych studiów, ale interesujące i praktyczne wykształcenie dla nielicznych.
Historia rozumiana jako litania dat, bitew i nazwisk sprzyja wprawdzie rozwijaniu pamięci, ale nie sprzyja myśleniu o systemach społecznych jako procesach o złożonych przyczynach i skutkach widocznych na dużych obszarach świata.

Obecne elementy literaturoznawstwa w zakresie języka polskiego są znowu specjalistyczną wiedzą niewartą nauczania powszechnego. Zaś ortografia i podstawy gramatyki to zagadnienia dla przedmiotu nauka czytania i pisania w szkole podstawowej.

Kluczowe jest nauczenie dzieci sposobów myślenia i działania struktur świata. Wiedza szczegółowa zaś powinna wynikać z konkretnych przykładów, a nie poznania pamięciowego. Szczegóły nie powiązane z rozumieniem zależności i złożoności świata dają pozorną edukację – co widać dla przykładu w wypowiedziach Pana Jarosława Kaczyńskiego – wielkiego erudyty historycznego i literackiego, który z pełnym przekonaniem wygłasza głupoty historyczne takie jak to, że katolicyzm był zawsze istotą polskości.

Dopisek o językach obcych

Nie ma ich na liście z ważnego powodu – to jest program dla gimnazjum i liceum.
Języki obce powinny być nauczane w żłobku, przedszkolu i szkole podstawowej – to znaczy w okresie, gdy działa naturalny system nauki języka i jest on przyswajany szybko oraz tworzą się naturalne struktury językowe w mózgu –charakterystyczne dla tzw. „native speakers”. Najlepiej to można zaobserwować u dzieci mających dwujęzycznych rodziców.
Nauczanie w późniejszym okresie jest trudne, długie i nigdy nie daje do końca pozytywnego efektu – kolejny język jest zawsze mówiony z akcentem i „dziwnie” (najwięksi styliści w literaturze angielskiej – Joseph Conrad i Vladimir Nabokov – Polak i Rosjanin – do końca życia mówili z zauważalnym akcentem).
Tak więc w liceum dzieci powinny już umieć mówić swobodnie w 2-3 językach (np. polski+angielski+chiński lub polski+angielski+niemiecki), jedynie konieczne jest rozszerzenie słownictwa i doszlifowanie stylu – a to najlepiej robić naturalnie – wykładać część przedmiotów z listy w obcych językach.

Gdy korupcja jest dobra

Maj 25th, 2012

Powszechna krucjata przeciw korupcji zakłada, że zjawisko to należy zwalczać żelazem i ogniem, jako elementarnie niemoralne i szkodliwe społecznie. Czy tak jest naprawdę? Korupcja jest jednym ze sposobów dystrybucji dóbr rzadkich, a także sygnałem, gdzie system urzędniczy lub wolnorynkowy nie działa.

Urzędnicy i łapówki czyli „smarowanie”

Gdy dostęp do rzeczy regulowany jest przez urzędników, którzy zarabiają bardzo mało w porównaniu do wartości rzeczy, które rozdzielają, pokusa jest wielka. Pokusę można zwalczać za pomocą strachu i policji (CBA), ale w główną przyczyną jest niesprawność biurokracji.
Gdy prawo jest zbędnie skomplikowane, a koszty i czas uzyskiwania potrzebnych zezwoleń ogromne – z pomocą przychodzi korupcja i gospodarka oraz życie codzienne mogą jako tako funkcjonować. Stąd doskonałe potoczne określenie korupcji – „smarowanie”.
Dobrym przykładem katastrofy antykorupcyjnej są 2 lata rządów PiS, która to partia z policyjnej walki z korupcją zrobiła sztandarowy cel polityczny. W efekcie korupcja formalnie zmalała (lub raczej wzrosły łapówki – konsekwencje wzrosły), urzędnicy przestali podejmować decyzje, a przetargi zmieniły się w puste licytacje najniższą ceną. Przez te 2 lata IV RP inwestycje prywatne stanęły, dróg wybudowano 1 kilometr, a wojsko wstrzymało wymianę sprzętu mimo wojny w Afganistanie. Spadkiem tych czasów są też aktualne problemy przy przetargach autostradowych.
Z tego wniosek, że korupcji możemy się pozbyć upraszczając prawo i przekazując co się da do dystrybucji rynkowej. Zwalczanie policyjne powinno być środkiem drugorzędnym i stosowanym z umiarem.
Powołanie zaś przez PO i PiS specjalnej policji korupcyjnej CBA należy uznać za jeden z głupszych pomysłów na zwalczanie korupcji – gdy zamiast powołania instytucji zajmującej się przyczynami – upraszczaniem prawa i tworzeniem sprawnych i przejrzystych procedur urzędniczych – powstała firma znana z tak żenującej i bezużytecznej działalności jak akcje słynnego agenta-playboya wyposażonego w szybkie auto, a potrafiącego wrobić po roku agentowania, niezbyt rozgarniętą pannę w łapówkę o wysokości 50 tys. złotych. Działalność i skuteczność nadająca się do komiksu z Dilbertem.
[photo]34091[/photo]

Korupcja dla reformy

Obserwowanie pojawienia się korupcji w jakimś obszarze powinno być przede wszystkim sygnałem, że dany obszar organizacji społeczeństwa wymaga zmiany. Są takie strategie:
1. Pozbycie się decyzji z odpowiedzialności państwa na rzecz rynku (np. taksówki, zawody prawnicze, infrastruktura – drogi, koleje, lotnictwo, nowe prawo budowlane).
2. Jednoznaczne i jawne kryteria i proces decyzyjny – widoczny w każdym etapie dla obywatela (reforma prawa o zamówieniach publicznych, ogólne założenie w planowaniu pracy urzędów i stanowienia prawa, ponownie – nowe prawo budowlane z ograniczeniem zezwoleń).
3. Legalizacja zachowań, które są albo mało szkodliwe lub ich zwalczanie przynosi jeszcze większą szkodę. Tu doskonałym przykładem jest amerykańska prohibicja, której zawdzięczamy wzrost pijaństwa i powstanie mafii i ogólnie zorganizowanej przestępczości. Dziś tą równie „skuteczną” drogą idzie ustawodawstwo antynarkotykowe.
4. Uproszczenie i przede wszystkim skrócenie terminów podejmowania decyzji, ograniczenie poziomów konsultacji i odwołań.

Korupcja zamiast niemoralnego rynku

Czasami państwo używa korupcji nieoficjalnie – jako namiastkę rozwiązań rynkowych. Szczególnie w obszarze politycznie niewygodnym – ochronie zdrowia. Przez dziesiątki lat w tzw. komunie i w pochodzącym z tamtych czasów socjalistycznym systemie współczesnym.
Pomysł polega na tym, że lekarzom płacimy bardzo mało – zupełnie nieproporcjonalnie do potrzeb i sum, które ludzie są gotowi zapłacić za ich pracę. Następnie tolerujemy „prezenty” – bo te są z kieszeni obywateli a nie z budżetu. Można dodać, że owe prezenty nie muszą być gotówką, a często przyjmują formę koniaków czy legendarnych piór Doktora G. Takie prezenty nie dają dodatkowego dochodu, ale przynajmniej odzwierciedlają wagę zawodu w społeczeństwie (podobnie koncerny dają komórkę i służbowy samochód zamiast podwyżki).
Taka cicha umowa została złamana przez ministra Ziobrę, gdy ten, w swej naiwności podjął krucjatę przeciw lekarzom (aresztując doktora G) i w efekcie łagodną korupcję zastąpił strajkami lekarzy i w efekcie radykalną podwyżką płac lekarzy. A to z kolei uruchomiło spiralę narastania kosztów w opiece zdrowotnej – co jest koszmarem wszystkich systemów zdrowotnych na świecie (w USA koszt opieki zdrowotnej to 25% dochodu narodowego).
Podobnie działa zawód kelnerski, gdzie restauratorzy płacą mało, a kelner dorabia napiwkami, które nie wpływają na postrzegany koszt potraw w restauracji.

Podatki pod pretekstem zapobieganiu korupcji

Gdy państwa współczesne stanęły przed problemem rozdzielania dobra rzadkiego, jakim są częstotliwości dla telefonii komórkowej – zastosowano rozwiązanie niby rynkowe – licytację.
W efekcie, w zamian za monopol państwa ściągnęły od telkomów ogromne pieniądze do budżetu. Telkomy licytowały wysoko, ponieważ wiedziały, że będą funkcjonowały w warunkach oligopolu. Oczywiście koszty koncesji zostały przerzucone na konsumentów.
W efekcie telkomy skorumpowały rządy wysokością licytacji, a proces „rynkowy” po cichu przerodził się w dodatkowe opodatkowanie użytkowników komórek.

Korupcja wg. Zachodu

W naszej cywilizacji przyjmujemy zasadę, że stosunki między ludźmi powinny być maksymalnie bezosobowe, zobiektywizowane i mechaniczne. Stąd niesamowity rozwój w naszych społeczeństwach biurokracji, przekonania, że na wszystko musi być przepis i obsesja korupcji. Skrajnym stanem jest historia Eichmana, mdlejącego w czasie wizytacji obozów koncentracyjnych, wysyłającego zza biurka setki tysięcy ludzi do gazu na śmierć, a zezwalającego na ratowanie Żydów przez „ludzką” korupcję.

Większość nieeuropejskich cywilizacji opiera się na wzajemnych uprzejmościach, nepotyzmie, prezentach i korupcji jako podpowiedzi przy podejmowaniu decyzji, a wskazującej na wartość społeczną danej decyzji. W Chinach potrafiono skrzyżować legalizm ze społeczną siecią powiązań rodzinnych i wzajemnych uprzejmości. Licząca 4000 lat cywilizacja Chin ma się dobrze, a nawet wysuwa się na czoło postępu.

W jego tekście jest wiele uproszczeń i pewne oderwanie o rzeczywistości społecznej. Fakt ten wynika pewnie z rzeczywistego zaangażowania w świat przestępstw przeciw dzieciom (co istotnie wpływa na siłę, choć nie rozumność argumentacji). Wprowadzenie zapisów wszystkiego na lata i założenie, że jesteśmy w stanie demokratycznie kontrolować dostęp, jest socjologiczną fikcją w stylu Wielkiego Brata.

Propozycje dość łatwego rozszerzenia inwigilacji elektronicznej i wydłużenia obowiązku przechowywania danych do lat kilkudziesięciu są niebezpieczne społecznie, a ograniczenie przestępstw przeciw dzieciom można dokonać bez wprowadzania elementów państwa policyjnego – na przykład poprzez większy nacisk na edukację zachowań, zwiększenie uwrażliwienia społecznego i opieki nad dziećmi.

Co do owej retencji, czyli przechowywania zapisów naszej komunikacji elektronicznej…

Szereg danych elektronicznych jest traktowanych przez wymiar sprawiedliwości z nadmiernym zaufaniem. Dla przykładu numer IP nie może służyć od razu do identyfikacji sprawcy, ponieważ nie można stwierdzić, kto siedział za klawiaturą. Szybko narasta liczba spraw w sądach krajów bardziej zaawansowanych, w których sędziowie odrzucają taką identyfikację. A będzie jeszcze gorzej wraz z postępem komunikacji rozproszonej i większą świadomością użytkowników.

Zastosowanie masowe takich np. technologii jak P2P, TOR, VPN, niezależnych DNS i szyfrowania wszystkiego szybko sprawi, że retencja staje się bezużyteczna, a staje się dezinformacją, która sprawia, że zwykle zacofany wymiar sprawiedliwości staje się naprawdę ślepą Temidą.

Koncept przedawnienia w prawie wynika z tego, że po upływie pewnego czasu precyzja wymiaru sprawiedliwości jest nie do zaakceptowania a koszty możliwej weryfikacji nie mają odniesienia do skali przestępstwa. I w przypadku danych cyfrowych jest tak samo.
Po dwudziestu latach będziemy mieli tylko zapisy z retencji, które będą prawie bezużyteczne bez weryfikacji ludzkiej, a tej będzie trudno dokonać z braku świadków lub ulotności pamięci.

Jednocześnie wymiar sprawiedliwości stanie przed pokusą łatwej i bieżącej interpretacji „pewnych” danych. Podobne zjawisko można zaobserwować choćby przy badaniu archiwów IPN, gdzie młodzi i dzielni historycy lub dziennikarze z dużą łatwością ferują wyroki na podstawie “pewnych” zapisów archiwalnych UB – bez świadomości zawodności i niekompletności zapisów i bez świadomości „ducha czasów”.

Ograniczenie czasu retencji ma sens nie tylko z powyższych powodów, ale także dlatego, że jak uczy historia, rządy się zmieniają, ideologie się zmieniają i przestępstwa się zmieniają. Za 20 lat możemy mieć władzę, która wyciągnie konsekwencje z naszych niewinnych działań. Bo uzna, że np. ateizm, to zbrodnia. Albo seks z 16-latką (w średniowieczu dawno po ślubie). Albo zaciąganie się marihuaną (przed, czy po Palikocie).

Z zapisywaniem danych prostych, jak numery czy lokalizacje, jest jak z nogą w drzwiach. Dziś przechowujemy tylko numery, bo technologicznie nas na to stać. Ale za kilka lat będzie można zapisywać pełne i wszystkie rozmowy i wideo – tak jak dziś przechowuje się w pełni e-maile i można rejestrować zapisy z komunikatorów.
Można wprawdzie powiedzieć, że archiwa istniały zawsze, ale to łatwość, powszechność zapisu codziennych danych oraz niski koszt dostępu sprawia, że wchodzimy na zupełnie inny poziom inwigilacji.

Na dodatek liczne przykłady z państw totalitarnych pokazują, że systemy inwigilacji znakomicie wyłapują zwykłych obywateli i płotki, gorzej sobie radzą z zorganizowanym przeciwnikiem. Tak więc system może być powszechnie dokuczliwy i jednocześnie nieskuteczny.
Dygresja – jest zadziwiające, jak łatwo ustawodawca przerzuca koszty działań istotnych dla całej społeczności, które powinny być pokrywane z podatków, na barki prywatnych telkomów. Pomijam fakt, że w zasadzie nie znamy jakości czy kompletności przechowywania i możemy się spodziewać, że w przypadku gdy zapisy dotyczą interesów owych telkomów, to nie są warte funta kłaków. Chciałem tylko zwrócić uwagę, że w przypadku mniejszych podmiotów gospodarczych (np. startupów) koszt ten może być śmiertelny dla biznesu.

Dochodzą do tego takie zagadnienia jak rozproszenie danych w chmurze – kto w zasadzie je przechowuje? Gdzie? W jakiej jurysdykcji? Kto płaci za lata przechowywania?
Na przykład – dość niedawne wydarzenie z zablokowaniem firmy Megaupload przez administrację USA. Dane milionów legalnych użytkowników z całego świata zostały osierocone na serwerach firmy hostingowej, która, z braku płatności ze strony Megaupload, prawdopodobnie je po prostu skasuje. A to czy, są to, na przykład, dane wymagane przez polski wymiar sprawiedliwości – jest bez znaczenia.

Przeczytałem ciekawy post Pani Katarzyny Frąk o spostrzeżeniach Mikea Vitevitcha o dwujęzyczności. Spostrzeżenie Pana Vitevitcha jest prawdopodobnie słuszne i niesłuszne jednocześnie. Model opisany przez MV jest bardzo kosztowny „obliczeniowo” dla umysłu. Czyli z wielką pewnością możemy powiedzieć, że to tak nie działa.

Oryginalny post Katarzyny Frąk „Słowa jako owoce? – dwujęzyczność a mózg”.

Opisany model pozornie wydaje się łatwy. W rzeczywistości przykładowy „kształt i kolor owoców” jest dokładnie informacją opisującą przynależność językową słowa. Byłoby prościej zapisać tę informację bez kodowania w „kolorze i kształcie”. Jednak w modelu Mikea Vitevitcha ta informacja nie jest zapisywana wprost, tylko wymaga analizy słowa i identyfikacji cech które umożliwiają rozpoznanie języka. Wprawdzie mózg jest bardzo sprawny w rozpoznawaniu wzorów, ale bez przesady.
Rozpoczynając wypowiadanie zdania uruchamiamy typową procedurę budowy tego zdania ze znaczeń i fonemów. Mózg szybko sięga do elementów rutynowo przypisanych do typowych wypowiedzi i struktur językowych. Osoba dwujęzyczna ma zupełnie gdzie indziej zapisane procedury zdania „lubię czekoladę” oraz „I like chocolade”. Jeżeli zacznie wypowiedź od polskiego „lubię”, to jej nie wskoczy „chocolade”, bo to nie jest rutynowo powiązane z „polską” procedurą. Owe powiązanie powstaje z użycia. Gdy dziecko za młodu wygłaszało kompletne zdania w jednym języku, to potrafi je teraz ekstremalnie sprawnie mówić w tym języku. Gdy chce zmienić język – to albo rozpoczyna żmudne tłumaczenie, albo cofa się do kontekstu i rozpoczyna zdanie o preferencjach kulinarnych po angielsku – wtedy nie wskoczy mu w środku zdania „czekolada”.
W tym modelu nie ma żadnej analizy przynależności językowej słowa. Wskakują określone tylko dlatego, że pasują od początku do danej wyuczonej procedury. Model działa identycznie dla 1, 2 czy 5 języków.
Ale to jest model dla mowy codziennej, która jest bardzo „zmechanizowana” i konwencjonalna. Gdy mówiący opowiada rzeczy skomplikowane lub jego zakres „przypisanych” słów jest wąski, mimo, ze rozpoczął procedurę zdania „polskiego”, może wrzucać słowa „angielskie”, bo bardziej odpowiadają znaczeniem treści, którą chce przekazać (za co akurat odpowiada inny fragment systemu – drzewo znaczeń i ich opisów w postaci fonetycznej czy pisanej). Proszę jednak zauważyć, że obce słowa nie zmienią struktury zdania podstawowego. To zjawisko często można też zauważyć u małych dzieci dwujęzycznych, gdy ich zakres słów dla wyuczonych procedur zdaniowych jest mały.
Dlatego też tłumaczenie symultaniczne nieznanej rozmowy jest tak ciężkie – tłumacz ma ułamek sekundy po usłyszeniu zdania na zdecydowanie, czy tłumaczy zwrot/słowo po słowie, czy ma cofnąć się i powiedzieć to po swojemu na podstawie uzyskanych informacji (znacznie łatwiejsze).

Dodać należy, że mówienie, czytanie i pisanie to oddzielne procedury i „transfer” doświadczeń z jednego zakresu do drugiego jest kosztowny i trudny – tak jak tłumaczenie między językami.
Pan Vitevitch ma rację, gdy chodzi o łatwość dla nas. Kilka języków, to po prostu więcej zapamiętanych „procedur zdaniowych”. I tyle. Sam fakt, że umiemy czytać i pisać oznacza, że trzykrotnie zwiększyliśmy liczbę zapamiętanych procedur w stosunku do osoby tylko mówiącej. Dajemy radę, choć minęły już czasy bardów śpiewających z pamięci Odyseję i 5 innych eposów w czasie jednej popijawy u króla.

I zabrakło samolotów… Gdyby stosować metody stanowienia prawa w Polsce do lotnictwa, taki byłby efekt. W projektowaniu samolotów mamy fazę, która nazywa się demonstratorem technologii. Jest to model w mniejszej skali albo prototyp uproszczony – który buduje się w celu sprawdzenia, czy owe żelazko w ogóle będzie latać. W stanowieniu prawa od razu do tego demonstratora wsiada cały naród.

W lotnictwie, następnie jest prototyp – czyli bliski końcowego modelu samolot, który jest dogłębnie testowany – często przez lata.
W efekcie powstają samoloty, które latają przez kilkadziesiąt lat w służbie linii lotniczych lub wojska i spadają rzadko.
Tworzenie prawa w Polsce przebiega zupełnie inaczej. Grupa posłów lub urzędników ma wspaniały pomysł. Konsultuje ten pomysł z paroma ludźmi z branży, czasami z innymi partiami po czym przepycha przez ministerstwo i Sejm. Następnie wykonują eksperyment na narodzie – jego 34 milionach ludzi – na żywca.
To tak jakby następny samolot Boeinga stworzyli dziennikarze, literaci i politycy, narysowali, wykuli w metalu i wprowadzili masowo do linii lotniczych – bez testów, bez prototypu, na zdrowy rozsądek…
Myślę, że szybko nie byłoby lotnictwa.
Politycy w Sejmie dumni są z „obrotu” – liczby uchwalonych ustaw i poprawek. Ciężko pracują i walczą. A skutki ich pracy znamy na co dzień.
Pan Minister Kwiatkowski powiedział, że „ważniejsze są tzw. dobre praktyki, czyli prezentowanie projektów ustaw, co do których wartości nikt nie ma wątpliwości” . Ja się obawiam, że to grubo za mało. To, że szacowne (sic) grono nie ma wątpliwości, nie oznacza, że robi rzeczy z sensem.
Prawo jest testem na żywym organizmie społeczeństwa. Na konkretnych ludziach w konkretnych sytuacjach z konkretnymi marzeniami, kulturą, wiedzą i chęcią. Można te rzeczy sobie wyobrażać, można może symulować, ale w rzeczywistości sprawdzamy to „bojem” jak Armia Czerwona.
Zmiany w sposobie legislacji powinny wymagać, by dane prawo było wprowadzane stopniowo. By, jeśli to możliwe, początkowe skutki ograniczyć do niewielkiego terytorium – na przykład gminy, później województwa. W wielu przypadkach taka konstrukcja prawna nie może funkcjonować, ale może funkcjonować choć demonstrator technologii – ustawa lokalna zawierająca kilka węzłowych zapisów, które wymagają przetestowania.
Prawdopodobnie nie można różnicować terytorialnie kary za morderstwo, ale można procedury więzienne, profilaktykę, organizację pracy Policji. Znacznie łatwiej jest z ustawami gospodarczymi – ostatecznie są precedensy jak strefy ekonomiczne czy system rejestracji pacjentów w województwie śląskim. Co przeszkadzało, by ustawę o lekach wprowadzić najpierw w skali powiatu?
Nasi posłowie i urzędnicy są przekonani, że są w stanie objąć rozumem skomplikowane systemy. A przecież nie jest to elita intelektualna narodu – biznes płaci więcej i wysysa mądrych. Mniej wrażliwi na pieniądze pracują w nauce. Więc więcej pokory by się przydało. W lotnictwie brak pokory oznacza trupy. Wbrew pozorom w stanowieniu prawa też – tylko katastrofy są mniej spektakularne, ale bolesne dla znacznie większej liczby ludzi.

Sam fakt rozróżniania płci w prawie oraz w akcjach społecznych prowadzi do pogłębienia podziałów i uwypuklenia ról społecznych. Feministki nie walczą o równouprawnienie, a walczą o specjalne prawa dla podklasy gatunku Homo nazywanej kobietami. Inne podklasy – homoseksualiści, mężczyźni, czarni, Żydzi, masoni, ojcowie etc. je nie interesują, nawet jeśli spotykają się z innymi upośledzeniami.

Jestem liberałem i wolność i prawa jednostki są mi szczególnie drogie.
Ja bym wolał, by prawo nie było klasowe czy rasistowskie. By podmiotem prawa był człowiek jako grupa ogólna. Co najwyżej szczególną troską otoczone byłyby grupy naturalnie słabsze lub upośledzone – jak dzieci, inwalidzi lub szaleńcy.
Czyli na przykład:
1. Emerytura należy się obywatelowi Polski od 67 roku (bez rozróżnienia płci).
2. Gwałt jest rodzajem ciężkiego pobicia z uszkodzeniem ciała i podobnie jest traktowany w prawie karnym. Także w zakresie współuczestnictwa czy odszkodowań.
3. Przemoc w domu jest karana jak każda przemoc. Bez rozróżnienia płci.
4. W przypadku rozwodu, prawa rodzicielskie należą się w jednakowym stopniu obojgu rodziców.
5. Ogólnie – w prawie rodzinnym powinny być zniesione różnice w traktowaniu obojga rodziców.
6. Prawa do adopcji dzieci mają związki dwóch osób, które udokumentowały swą trwałość, mają środki i umiejętności, by wychowywać dzieci. Nigdzie nie ma słowa o płci czy sposobach uprawiania seksu przez partnerów.
7. Urlopy wychowawcze są dostępne dla obojga rodziców i są podobnie wpisywane do stażu emerytalnego.
8. Przepisy BHP i tym podobne powinny odnosić się do konkretnych uwarunkowań fizycznych – jak wzrost, waga, choroby kręgosłupa etc, a nie ogólnie płci (mogą występować specyficzne uwarunkowania fizjologiczne występujące u osobników jednej z płci, ale warunkiem jest ich wystąpienie – np. miesiączka).
Jeżeli u mężczyzny sprośny komplement w stosunku do współpracownicy uznajemy za molestowanie seksualne, to za takie należy uznać wszelkie atrybuty stroju podkreślające seksualność: wysokie obcasy, krótkie sukienki, makijaż, długie włosy (ale też obcisłe spodnie i goła klata) etc – bo są to działania zmierzające do uzyskania wymiernych korzyści społecznych i towarzyskich za pomocą seksualności i są takim samym molestowaniem, jak gwizdanie na seksi kobietę. W tym przypadku wylewamy dziecko z kąpielą – bo seksualność jest integralną częścią naszej kultury. A robienie kariery przez łóżko przez kobiety jest jedną z popularniejszych strategii (kiedyś często jedyną) uzyskania wysokiej pozycji społecznej – i występuje w podobnym natężeniu u pawianów i szympansów.
Dlatego, gdy mamy z tą cechą naszej kultury walczyć – promujmy neutralne ubrania w biurach (a na pewno bez wysokich obcasów)
Koncept nazw stanowisk, który rozróżnia płeć jest fatalny – ponieważ oznacza, że psycholożka, to ktoś o innych kwalifikacjach niż pani psycholog. Może niższych, może wyższych, ale na pewno innych z powodu płci. A jak innych, to znaczy, że różnica w płacach jest zasadna. Według rynku.
Tak więc Ministra Mucha nie jest normalnym Ministrem Sportu, tylko ministrem-kobietą o innych kwalifikacjach niż normalny minister sportu.
Dalszy konsekwentny rozwój ruchu feministycznego w wersji na przykład opisanej przez socjolożkę (bo przecież nie socjologa) Annę Dryjańską z Feminoteki prowadzi do apartheidu – z różnymi prawami i obowiązkami dla płci, z wagonami metra „tylko dla kobiet” ale też „tylko dla mężczyzn”. Z mieszkaniami z oddzielnymi strefami, z oddzielnymi urzędami, szpitalami, szkołami, dzielnicami (zwanymi inaczej ghettami)…
Proszę zauważyć, jak wiele takich instytucji istniało lub istnieje obecnie, szczególnie np. w krajach muzułmańskich lub innych z kulturą, którą przyjęło się u nas nazywać „średniowieczną”.
Dalszy postęp to powrót do tradycji (sic) apartheidu dla innych grup – skład metra wzbogaci się kolejne wagony „tylko dla Żydów” albo „tylko dla mniejszości seksualnych” oraz „tylko dla Polaków Od Helu”oraz „tylko dla ateistów”.
Daleko mi więc równie do Pana Gowina jak do Pani Dryjańskiej. Mój świat byłby zbudowany raczej na osobistych zaletach poszczególnych ludzi, a nie stereotypowych rolach płciowych przypisanych, czy to przez prawicowych konserwatystów, czy to feministki.

Do czego nam prawnicy?

Kwiecień 12th, 2012

Jestem z życia projektantem. Więc parę słów projektanta o stanowieniu prawa.
Generalnie ogon kręci psem, a tego kwintesencją jest Sejm, gdzie prawo tworzą filozofowie, historycy, dziennikarze, prawnicy i politycy – czyli grupy zawodowe znające się doskonale na niczym.

Prawo jest tylko środkiem do realizacji celów społecznych. Tę banalną prawdę należałoby wykuć w kamieniu na ścianach Sejmu, a przede wszystkim w gabinetach ministerstw, gdzie to prawo się tak twórczo tworzy. Cele społeczne realizuje się za pomocą systemu procedur i narzędzi społecznych. Kluczowe słowo to system. Na przykład system dystrybucji leków dotowanych Pani Kopacz.
Budując dobry system, trzeba zaliczyć:
1. Cele
2. Propagandę
3. Pieniądze
4. Kadry
5. System informatyczny
6. Prawo
Dokładnie w tej kolejności.
By dobrze zrozumieć cele, należy pamiętać, że zawsze punktem odniesienia powinna być całość społeczeństwa – a nie np. budżet. Czyli dobry system to taki – który generuje mało kosztów i pracy po stronie większości, i tam ustanawia większość zysków.
Dziś prawo stanowi się od d…urnej strony:
1. Jako realizacja interesów różnych grup i grupek z dojściem.
2. Jako realizację moralności i sposób na pouczanie społeczeństwa.
3. Jako zemstę na złych.
4. Jako realizację przekonania o swej ważności – prawników, urzędników i polityków.

Oto kwiatki z opieki zdrowotnej, które każdemu projektantowi systemów każą wątpić w przynależność części działaczy do gatunku Homo. Weźmy znane ostatnio „leki” (proszę uczulić się na ironię)…
99,5% populacji jest ubezpieczona. Dlatego każdego należy sprawdzić, czy może kupić dotowane leki. Problem ubezpieczenia dotyczy pacjenta (beneficjent), apteki (sprzedawca) i NFZ (płatnik). Dlatego fakt ubezpieczenia powinien sprawdzać lekarz. Szczególnie, że jest doskonale do tego sprawdzania wyposażony – ma oczy. Jakby któraś z zainteresowanych stron poniosła stratę – należy pobrać ją od lekarza. Sprawdzanie zajmuje 15% etatów w opiece zdrowia, a sprawdzane są papierki, które każdy może sobie wydrukować na domowej drukarce.
Pacjent jest ubezpieczony w ZUS i ma płacić składki. Jak nie płaci składek, to przestaje być ubezpieczony, ale składki za ubezpieczenie ma zapłacić z procentem. Jak je zapłaci z procentem to dalej nie jest ubezpieczony za okres, za który zapłacił.
Chory ma receptę i potrzebuje leki, na które płacił składki. Tą receptę dostaje od lekarza. By jednak recepta mogła być opłacona, lekarz musi zdobyć kontrakt na swoją pensję od NFZ. Jaki związek ma sposob wynagradzanie lekarzy z zawartością recepty? Ano taki, że lekarz wynagradzany przez NFZ będzie wypisywał recepty takie same jak każdy inny lekarz. Bo NFZ może mu naskoczyć (jak się mówi na podwórku). Pacjent ma dzięki temu lepszy wybór wśród mniejszej liczby lekarzy.
Sztywne ceny i ilość leków zapisanych w budżecie oznacza, że Pani Kopacz (dziś Pan Arłukowicz) muszą zatrudniać wysokokwalifikowane kadry wróżek, a na koniec roku budżet i tak dopłaci do leków.
Proszę też sobie przypomnieć heroiczną postawę ministra Arłukowicza w konflikcie z lekarzami, interwencje moralne Pana Premiera czy wcześniejsze kamasze Pana Dorna. Byli to politycy, którzy bohatersko walczyli o sprawy godne intelektu delfinów (bez intencji obrażania naszych braci ssaków).
Brak projektantów w obszarze organizacji państwa sprawia, że dzięki prawu antynarkotykowemu w więzieniach siedzą licealiści i senatorzy, a handlarze narkotyków siedzą w willach. Podobnie każdy ma gaśnicę w aucie (i wymienia się 5 mln nowych gaśnic rocznie), z powodu pożaru auta ginie w kraju 2 osoby rocznie a więcej umiera prawdopodobnie w drodze po gaśnicę. Firmy korzystają z aut z kratką – czyli aut, których wartość użytkowa w przewozie towarów istotnie zmalała, po to by minister finansów mógł dostawać mniejszy wpływ z VAT…
Te ostatnie przykłady pokazują, że nasi projektanci systemów państwowych mylą dobro społeczne z dobrem budżetu, ale na pewno wiedzą gdzie jest dobro armii urzędników.
Tak miękko przeszliśmy do korupcji. Korupcja występuje zawsze tam, gdzie są ważne dla obywateli sprawy do załatwienia, a system jest szczególnie nieudolny. Tam gdzie rzeczy załatwia się szybko i sprawnie – nie ma korupcji. Wniosek z tego prosty jest taki, że korupcja jest zjawiskiem ze wszech miar pozytywnym dla ogółu społeczeństwa. Może być oczywiście zastąpiona jeszcze bardziej pozytywnym systemem dobrej organizacji – ale to wymaga zwolnienia z pracy delfinów.
Tak więc krucjata antykorupcyjna naszych braci Polaków Od Helu doprowadziła do częściowego paraliżu gospodarki i administracji. Na szczęście Polacy Od Helu utracili władzę i sytuacja jakoś się unormowała.
To też dobry przykład na to, że jak się stanowi prawo dla moralności, to można duuużo zepsuć. Jak było w przypadku stosu trupów bez transplantacji po wykryciu chirurga skorumpowanego koniakiem i wiecznymi piórami, czy też na większą skalę – gdy ustawa antyaborcyjna wepchnęła zdesperowane kobiety w łapy garażowych specjalistów i, podobnie jak z narkotykami, zbudowała wspaniałe i rentowne podziemie.
Polecam więc naszym prawodawcom radę projektanta, opartą na wieloletnim doświadczeniu socjologicznym i wiedzy o fizyce kwantowej:
Jeżeli posługujesz się zdrowym rozsądkiem, to na pewno się mylisz.